Za nami 25. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Tańca i Performansu Ciało/Umysł. Hasłem przewodnim było „Po-ruszenie”, a zważywszy na intensywność i rozległy obszar moich emocji na zaproponowanych spektaklach – od wybuchu wściekłości po łzy ze wzruszenia – uważam, że się udało do niego doprowadzić, bo wszystko mogę powiedzieć o tegorocznej edycji tego wydarzenia, tylko nie to, że była mi obojętna. Poruszyła mnie, i zapewne innych widzów także.
Wydaje się, że Edyta Kozak – dyrektor artystyczna Ciało/Umysł, który odbył się w dniach 8-12 października 2025 r. w STUDIO teatrgaleria i Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie – konstruując program miała na celu zbudowanie złożonej (często także skomplikowanej) relacji między tancerzami a publicznością. Nie jest przypadkiem, że do pokazów zaprosiła autorów niełatwych spektakli, w tym takich, które są narażone nawet na odrzucenie. Nie jest też przypadkiem, że prace jakie oglądaliśmy miały nas – emocjonalnie lub fizycznie – wciągnąć w swoją przestrzeń i złamać granicę klasycznej widowni.
Gdy pod tym kątem przyjrzymy się zaproszonym na Ciało/Umysł tytułom, zobaczymy to wyraźnie. Zauważmy przy tym, że za tym „wyrwaniem” z widowni idzie także wyrwanie z pozycji krytycznego obserwatora. Nie możemy być bowiem do końca obserwatorami, skoro stajemy się uczestnikami...
25. edycję C/U otworzyło „Museum of futures” trzygodzinny projekt oparty na dzieleniu się doświadczeniami i praktykami grupy performerów i tancerzy z Polski i Szkocji. Widzowie mogli go oglądać ze wszystkich stron, przyłączyć się do ćwiczeń, przerywać oglądanie i wracać do niego, wchodzić i wychodzić z sali czy w ogóle z budynku. W kolejnych dniach Scottish Dance Theatre aktywnie zaangażował usadzonych dookoła sceny widzów do działań w spektaklu „Ray” w choreografii Meytal Blanaru; Natalia Drozd w „Superstar” prowadziła swój spektakl tak, aby budować relację między omawianym tematem kości ogonowej (także: spojenia łonowego) a praktyką i doświadczeniem oglądających. Idea wspólnotowości choreografii miała także swoje odzwierciedlenie w fizycznej i medytacyjnej praktyce po spektaklu, w której uczestniczyli widzowie. Podobny efekt występował także w „BOW. Rewizyta” Wojciecha Grudzińskiego – wystawionym we foyer performance poruszającym temat ukłonu, który jest przecież nie tylko podziękowaniem, okazaniem szacunku, ale też gestem... poddańczym – gdzie jako widzowie stanowiliśmy jego scenografię i to między innymi na naszych ciałach wyświetlano tekst przewijający się po podłodze. Elementy interaktywności z oglądającymi miały także osobiste prace samej Kozak – rozwojowo-medytacyjny „Portret choreograficzny” i multimedialna wystawa poświęcona świadomemu macierzyństwu i relacjom z dziećmi pt. „Myślałam, że tancerki nie mają dzieci” (fotografie: Grażyna Gudejko).
Można zapytać czy pozostałe dwa spektakle festiwalu – „Danses vagabondes” Louise Lecavalier oraz „Jerome Bel” (tekst: Jerome Bel, wykonanie: Wojtek Ziemilski) wymykają się tej koncepcji uczestnictwa i wciągnięcia w grę. Moim zdaniem absolutnie nie – to przemyślany festiwalowy koncept i nieoczywiste scalenie wiodącego tematu idei poruszenia poprzez pokazanie w pigułce całości świata i kreacji tej dwójki wybranych twórców. W końcu nic bardziej nie porusza, niż osobiste doświadczenie. Przewrotnie to właśnie te dwa spektakle, najsilniej wymykające się wszelkim standardom, były najjaśniejszymi punktami festiwalu.
66-letnia Louise Lecavalier (Kanada), nazywana ikoną współczesnego tańca ekstremalnego, nie szuka w swoim ruchu ideału. Jej spektakl zaburza nasze oczekiwania, jest „brudny”, zaskakujący, pełny elementów naturalnych i nieoczekiwanych. Podróż i autobiografia zapisana w ciele i ruchu nawiązuje w swej idei do „Écrits vagabonds” Carlo Rovelli’ego – tworzonego przez długi czas „dziennika”, zbioru naukowo-filozoficznych tekstów, poruszających szerokie obszary tematyczne, od kosmicznych czarnych dziur po „Lolitę” Nabokova, od LSD po przyjemność podróżowania po Afryce, od ateizmu po alchemię Newtona, od filozofii analitycznej po błędy Einsteina... I taki był też spektakl „Danses vagabondes”, przeznaczony dla ludzi (umysłów) interesujących się wszystkim, szukający spójności, dialogu między kreatywnością, filozofią, emocjami i sztuką, a empirią i rozumem. Ta godzinna solowa praca była nie tylko przełamywaniem granic, w tym granic własnego ciała, swoistą mantrą, transowym rytmem i ruchem, ulotnym wspomnieniem rozmaitych elementów drogi twórczej, ale też po prostu manifestem niezłomności, swobody i wolności. „Danses vagabondes” było dla mnie wcieleniem w czyn radykalnej praktyki, wyzwolonego pomysłu odrzucającym oczekiwania i normy. Tańcem po kres wytrzymałości. Drogą w drodze.
Absolutnie zaskakujący był też autobiograficzny wykład „Jérôme Bel”, którego nie wykonał… Jérôme Bel (Francja). W teorii trudno sobie wyobrazić coś nudniejszego w tańcu – długi, statyczny wykład biograficzny czytany przez kogoś, kto nie tańczy i w dodatku nie jest nawet autorem prezentowanego tekstu, a w praktyce okazało się, że był to fascynujący, zabawny, wzruszający, a chwilami nawet porywający spektakl. Świetna gra aktorska Wojtka Ziemilskiego, któremu naprawdę udało się wcielić w samego Bela, a do tego autoironiczny tekst francuskiego choreografa, ciekawa historia jego niezwykłej kariery i wreszcie najlepsze fragmenty archiwalnych nagrań ze spektakli. Całość była dwugodzinną, trzymającą w napięciu podróżą z duchem nowego tańca, przez pomysły artystyczne i społeczne reakcje na nie (zazwyczaj negatywne i odrzucające kolejne spektakle jako skandaliczne). Nieprzewidywalne było wspomnienie nieznanego mi wcześniej spektaklu „Shirtologie” (1994), a szczególnie poruszającym mnie – aż do łez – była opowieść i fragment spektaklu „Véronique Doisneau” (2004); w obu tych pracach choreograf zwrócił uwagę na to, co często oglądamy, ale tego nie widzimy, nie dostrzegamy, nie odczuwamy...
Tegoroczne Ciało/Umysł miało też ciemniejsze strony. Nie wiem dla kogo, ani po co, pokazywano w głównym programie szkocko-polskie „Museum of futures”. Moim zdaniem zaproponowany „warsztat” był zbyt hermetyczną propozycją, zresztą to nie tylko moje zdanie, skoro osoby niezainteresowane tą praktyką ruchową po prostu nudziły się i wychodziły. Wytrzymałam ledwo 40 minut; ileż można patrzeć na tancerzy oddychających na podłodze i zanurzających się w jakimś niedostępnym dla oglądającego procesie. I wyszłam w trakcie tego trzygodzinnego pokazu, wyprowadzona z równowagi oraz zwyczajnie wściekła za zmarnowanie mojego czasu. (Na szczęście późniejszy „Ray” Scottish Dance Theatre był całkiem udany i osłodził później moją gorycz. Ta praca była lekka, poprowadzona ładnie ruchowo i w przestrzeni, miała w sobie dużo humoru oraz prawdziwej interakcji z publicznością – przyp.). Nie specjalnie też do mnie trafił spektakl „Superstar” Natalii Drozd. Jej opowieść o kości ogonowej podobała mi się w formie, dźwiękowej i oświetleniowej, częściowo także tanecznej, ale sam temat w ogóle jakoś był mi obcy od początku do końca. Drozd prowadziła choreografię tak, by nawiązać kontakt z publicznością, co należy docenić, ale publiczność tańca zawsze jest mocno zróżnicowana – nie każdy tańczy, chodzi na warsztaty, nie każdego pasjonuje ludzka motoryka czy nawet anatomia. Większości oglądających „Superstar” się podobał, ale z pewnością nie był to spektakl dla mnie.
Za to performance „BOW. Rewizyta” (wykonanie: Tamara Briks, Wojciech Grudziński) pokazany jakoś tak „przy okazji” we foyer Teatru Studio wciągnął mnie bez reszty i uważam ten proces badawczy, w którym jest, i który zamierza dalej rozwijać, Wojciech Grudziński, za bardzo istotny. Praca poświęcona ukłonom jest mi szczególnie bliska, bo od wielu lat wykonuję i kolekcjonuję zdjęcia ukłonów tanecznych, poza tym mam niezwykłe doświadczenie z lockdownu w trakcie pandemii koronawirusa, gdy miałam wyjątkowy przywilej oglądania i recenzowania spektakli granych w zamkniętych teatrach i samotnie oklaskiwałam artystów tańczących do kamer przed pustą widownią.
Grudziński, pracujący obecnie w Holandii, w „BOW. Rewizycie” ogołocił ukłon do samej kości, pozbawiając go wszelkich ozdobników (szeroko występujących w balecie, ale obecnych także w teatrze czy w tańcu współczesnym), nadał mu wręcz socjologiczny sens. Choreograf i tancerz sprawnie zabawił się rolą, znaczeniem, formą i pokazał, że odbiorca ukłonu jest także jego sprawcą…
Większość oryginalnego spektaklu (tj. pracy dyplomowej Grudzińskiego) opierało się na pracy z tekstem, ale w „BOW. Rewizycie” twórcy skupili się na kończącej pierwotna wersję 20-minutowej części choreograficznej. Został surowy ruch, surowe słowa i wielość interpretacji. Od dumy z dobrze wykonanej pracy przez pokorę wobec publiczności, aż po uczucie, że „każdy ukłon mnie zabija”. Te słowa, gesty i ich odczytania można snuć nie tylko przez taniec, ale przez psychologię relacji, różne kultury (dawne i obecne), kontynenty i historię. Nie tylko sztuki.
Całość duetu Briks–Grudziński była nieco szalona, rozwijała się ku ruchowi nieposkromionemu, dzikiemu, przypominającemu uwalniające momenty tańca w kołowrocie na koncertach, gdzie już nikt nie patrzy na wzajemny ruch czy słyszy muzykę, bo liczy się już tylko rytm i wspólnota przeżycia.
Reasumując, 25. Międzynarodowy Festiwal Sztuki Tańca i Performansu Ciało/Umysł pokazał, że przestrzeń może być zmienna, nie tylko ta w jakiej fizycznie oglądamy taniec, ale także ta, którą mamy w sobie. Było przekraczanie granic, były dowody na niezłomność i pasje, wspólnotowość, wreszcie wielkie emocje od brzegu do brzegu. Udana edycja, choć szkoda, że tak krótka.
Sandra Wilk, Strona Tańca
www.stronatanca.pl
Strona Tańca sprawowała patronat medialny nad 25. Międzynarodowym Festiwalem Sztuki Tańca i Performansu Ciało/Umysł 2025

