Spotkaliśmy się na bardzo dużym głodzie twórczym – rozmowa z Dominiką Wiak (Sticky Fingers Club)

Spotkaliśmy się na bardzo dużym głodzie twórczym – rozmowa z Dominiką Wiak (Sticky Fingers Club)
Spotkanie w cyklu „Na żywo” w Centrum Sztuki Współczesnej – Zamek Ujazdowski, 25 lutego 2026 r. Rozmowę z Dominiką Wiak z kolektywu Sticky Fingers Club poprowadził kurator Janusz Marek.
 
Transkrypcja rozmowy przeprowadzona została za zgodą
i dostępna jest tylko na łamach Strony Tańca.


Anna Łazar: Dobry wieczór, witam państwa serdecznie na spotkaniu z cyklu „Na żywo”. Witamy Dominikę Wiak ze Sticky Fingers Club. Kuratorem dzisiejszego spotkania jest Janusz Marek, zasłużony kurator Zamku Ujazdowskiego, który prowadzi autorski festiwal Rozdroże. Bardzo się cieszę, że będziemy mieć możliwość wysłuchania o aktualnych praktykach kolektywu, który już się chyba pojawiał u nas…

Janusz Marek: Jeszcze się nie pojawił. Koleżanka Dominika Wiak była u nas ale w „innym zestawie”, [jako członkini zespołu] Krakowskiego Centrum Choreograficznego. Tak więc był to zupełnie inny skład osobowy i kontekst.

Anna Łazar: Rozumiem… Pomysł na cykl „Na żywo” ma na celu stworzenie takiej sytuacji, która jest trochę sformalizowana ale jednocześnie otwiera się na kontakt z żyjącymi osobami artystycznymi, żeby można było zadać swoje pytanie, żeby można było otworzyć tę praktykę zarówno na głosy profesjonalistów, jak i ludzi zgromadzonych być może z innych dziedzin, ale ciekawych sztuki. Bardzo dziękujemy za przyjęcie zaproszenia.

Dominika Wiak: Dziękuję.

Anna Łazar: Też dziękuję. Ja się nazywam Anna Łazar, jestem dyrektorką tej instytucji.

[brawa]

Janusz Marek: Witam wszystkich, bardzo się cieszę, że gościmy Dominikę Wiak, tancerkę i performerkę, choreografkę, artystkę z Krakowa. [...] Nasze spotkanie wynikło z dwóch moich odczuć: szacunku i ciekawości. Szacunek wynika z tego, że unikalny, jak na polskie warunki, kolektyw twórczy Sticky Fingers Club. Działa około pięciu lat, składa się na niego czwórka tancerzy z różnych miast Polski, oni przez te pięć lat stworzyli tylko cztery spektakle, ale te spektakle spotkały się z bardzo dużym zainteresowaniem i aplauzem widzów, krytyków, są bardzo cenione i szanowane, były na Polskiej Platformie Tańca, pierwszy spektakl (od którego nazwa kolektywu pochodzi) dostał nagrodę w ogólnopolskim konkursie spektakli alternatywnych The best of, itd… Tak więc szacunek wynika z tego, że zarówno poziom ruchu reprezentowany w tych spektaklach jest wysoki i charakteryzuje się wysoką „inteligencją ruchową”, ale również dużą ironią, groteską i takim zdrowym intelektualnym dystansem do tego, co się robi czy do otoczenia.

Szacunek to jest jedna sprawa, a druga to jest ciekawość, bo rzeczywiście Sticky Fingers Club jest, jak na polskie warunki, unikalnym przykładem pracy zespołu, który nie ma swojego lidera. Najczęściej mamy – w grupach tanecznych czy teatralnych – choreografa czy reżysera, który skupia wokół siebie grupę tancerzy czy aktorów i jest ich liderem, tzn. uczestnicy jego grupy najczęściej wykonują jego scenariusze z mniejszym lub większym swoim twórczym wkładem. Natomiast w Sticky Fingers Club występuje w miarę poziomy układ, bo jest tutaj czwórka artystów (Dominika Wiak, Dominik Więcek, Monika Witkowska i Daniela Komędera), która – jak się zapewne zaraz dowiemy – musi się dogadywać na w miarę równych zasadach. To jest pewien wyjątek i to ciekawe, że taka grupa może istnieć. Mało tego, ta grupa nie ma osobowości prawnej. Nie jest NGO-sem [organizacją trzeciego sektora – przyp.], nie jest przy żadnej instytucji,a przez te pięć lat stworzyła spektakle, które widzowie zapamiętali i od razu odróżniają ich [od innych]. Oczywiście to wynika m.in. z klasy uczestników tej grupy, nie ma co ukrywać – są to bardzo interesujący tancerze i choreografowie, w związku z tym ich [wspólna] praca jest także ciekawa. Tak więc: szacunek i ciekawość.

Ciekawość, którą – mam nadzieję – nasza gościni jakoś zaspokoi. Trzeba więc zacząć od początku: Sticky Fingers Club – skąd się wzięła ta nazwa i czy to prawda, że powstała w wyniku wizyty w sklepie z płytami?

Z tego, co wiem, to Dominik Więcek zwrócił się do swoich koleżanek, których pracę obserwował, ponieważ byli razem na jednej uczelni, czyli na Wydziale Teatru Tańca w Bytomiu, filii Akademii Sztuki Teatralnej w Krakowie. Rozumiem, że to on zaproponował wspólną pracę, tak więc prosiłbym o to, żebyśmy się zorientowali, jak powstało Sticky Fingers Club, po co, dlaczego, jak to w ogóle się wydarzyło, że zaczęliście razem pracować? Oficjalnie Sticky Fingers Club powstał w 2020 roku, kiedy też powstał pierwszy ich spektakl, od którego tytułu przejęła nazwę ta grupa, kolektyw, czy nie wiem jak was nazwać… konstelacja artystów…

Oddaję głos i zamieniam się w słuch.

Dominika Wiak: Dzień dobry. Tak, pierwsze rozmowy rozpoczynał Dominik Więcek, który widział jakiś potencjał w każdej z nas i pojawiła się w nim ciekawość co by było, gdyby połączyć nas wszystkich w jednym procesie twórczym. Ja studiowałam z Dominikiem na jednym roku, gdzieś na innych ścieżkach naszych dróg zawodowych spotkaliśmy się w innych spektaklach i produkcjach, natomiast nigdy wcześniej w tej [czwórkowej] konstelacji nie pracowaliśmy.

Kiedy zaczynaliśmy [wspólną] pracę, nie zakładaliśmy, że staniemy się kolektywem. Po prostu rozpoczęliśmy pracę nad spektaklem, który był produkowany przez Centrum Kultury w Lublinie i Klub Żak w Gdańsku, gdzie miał swoją premierę. Spektakl ten wyszedł od idei przyglądania się fenomenowi porażki i w ogóle obecności porażki w naszym życiu, jak można ją traktować wywrotowo, i jak korzystać z porażki jako z czegoś, co może być potencjałem.

Ta praca otworzyła w nas coś w rodzaju poczucia bezpieczeństwa między nami, dużą frywolność, zabawę, twórczą żywotność, ale dopiero po premierze pomyśleliśmy, że może chcemy kontynuować naszą wspólną podróż.

A nazwa? Środowisko tak mocno nazywało nas „sticky-sticky”, że stwierdziliśmy, że może warto iść za tym, co już się organicznie pojawiło w języku mówionym, tak zostaliśmy Sticky Fingers Club.

Janusz Marek: To ma też związek ze wspomnianym sklepem z płytami…

Dominika Wiak: Tak, jest taka płyta Rolling Stones „Sticky Fingers”, a że pracowaliśmy w ogóle z ideą wspólnotowości i z tym jakie potencjały przychodzą we współbyciu to „Sticky Fingers Club” wydało nam się adekwatnym tytułem do charakteru [naszej] pierwszej pracy.

Janusz Marek: Czyli faktycznie zaczęło się od pierwszego spektaklu. A potem trzeba było zadać sobie pytanie „pracujemy razem, czy nie”…

Dominika Wiak: Tak.

Janusz Marek: Rozumiem, że sukces, to, że wam się dobrze pracowało, a spektakl został dobrze przyjęty, spowodowały podjęcie decyzji, iż od czasu do czasu podejmiecie się dalszej współpracy [w tym gronie].

Dominika Wiak: Tak. Nie czuliśmy jakiegoś dużego nacisku, że musimy teraz stworzyć kolektyw. Po prostu mieliśmy bardzo dużo szczęścia, mam wrażenie, że ten pierwszy spektakl powstał w takiej dużej autentyczności. On w ogóle powstawał w czasie pandemii, w czasie lockdownu, kiedy my – na takim bardzo dużym głodzie twórczym – spotkaliśmy się w studio… I, jak dla mnie, to zapisało się w tej pracy: jakaś tęsknota za byciem [razem], za wspólnym performowaniem, za obserwowaniem siebie w improwizacji. To był ten punkt startowy.

Janusz Marek: Każdy z was miał swoją własną praktykę, spektakle solowe, choreografie w teatrach dramatycznych, performances, pracę z innymi zespołami, czy po tej pierwszej premierze, gdy już podjęliście decyzję, że będziecie dalej pracować ze sobą, zakładaliście w którą stronę będziecie dalej szli? W jakiej to będzie formie, jaki to będzie temat, czy to wszystko układało się przez życie zupełnie spontanicznie?

Dominika Wiak: Wydaje mi się, że coś, co nas związało w jakiś sposób, i co spowodowało, że chcieliśmy kontynuować tę współpracę, to wspomniane już poczucie bezpieczeństwa i rodzaj pracy na jaki się zdecydowaliśmy. Jak obserwuję to, jak tworzymy już od ponad pięciu lat (tworząc spektakle czy inne działania performatywne, np. do muzeów), to widzę, że tworzymy takie pole do gry i zabawy. Dostrzegam między nami dużą energię dziecięcą. Tworzymy przestrzeń, w której jest i miejsce na wygłupy i na dystans i na rozbrajanie tego, że musimy zrobić teraz „najbardziej odkrywczą i innowacyjną” pracę. To jakoś sprawia, że dobrze się ze sobą czujemy (...) i po prostu się ze sobą przyjaźnimy. Ten wątek bliskości między nami, który istnieje tak po prostu ludzko, ma też jakieś swoje odzwierciedlenie w pracach i dużo osób obserwujących widzi w nich tę czułość i bliskość, która wytwarza się między nami (prywatnie, a później scenicznie).

Janusz Marek: Tak, jest takie wrażenie, że nadajecie na tej samej fali, że macie to samo poczucie humoru i formy. Czyli to jest przeciwieństwo sytuacji, gdy jakaś grupa na początku [swego istnienia] pisze manifest, że będzie robić taką a taką sztukę. U was, z założenia, nie ma czegoś takiego, że realizujecie jakiś z góry zaplanowany program...

Dominika Wiak: Nie mamy stworzonej tego typu wizji Sticky Fingers Club, ale staramy się aktualizować, gdzie są nasze potrzeby, i to zarówno potrzeby indywidualne, bo przecież każdy z nas ma własną ścieżkę kariery, jak i zespołowe. Co jakiś czas robimy sobie takie spotkania ewaluacyjne, podczas których rozpoznajemy na jakiej mapie jesteśmy, jakie pragnienia się między nami wytwarzają, czego chcielibyśmy doświadczyć (…).

Janusz Marek: Pojawiają się tutaj dwa pytania. Pierwsze: Jak podejmujecie decyzje dotyczące następnych projektów? I drugie: Kto się „podpisuje” (bo przyzwyczailiśmy się do tego, że np. choreograf) i bierze odpowiedzialność za spektakl?

Za chwilę zobaczymy fragmenty „Sticky Fingers Club”, pod którym podpisał się cały zespół, ale współpracowaliście wtedy m.in. z Konradem Kurowskim.

Dominika Wiak: Tak, był naszym wsparciem dramaturgicznym.

Janusz Marek: W przypadku „Valeska, Valeska, Valeska, Valeska” zdecydowaliście się współpracować z zewnętrzną choreografką Dominiką Knapik, przy „Glory Game” za choreografię odpowiadał Dominik Więcek, a w przypadku spektaklu, który kilka dni temu miał swoją premierę (pierwszego spektaklu dla dzieci) choreografia jest kolektywna…

[prezentacja fragmentów spektaklu „Sticky Fingers Club”]

Janusz Marek: Są to absolwenci Wydziału Tańca w Akademii Sztuki Teatralnej w Krakowie, jak widać trochę się tam nauczyli. Z drugiej strony widzimy w działaniach tego kolektywu częste gry z kodami, z popkulturowymi hitami, stereotypami i taki, powtarzający się moim zdaniem w ich pracach, motyw człowieka będącego na scenie życia publicznego, ogółu oczekiwań jego zachowań i zderzania się z pewnymi stereotypami bycia nas samych w różnych rolach. Oczywiście [widzimy tutaj] też pewien rodzaj ironii i autoironii. Ten spektakl był kilka lat temu pokazywany w Komunie Warszawa, objechał sporo [miast], a niedługo będzie pokazywany w Stanach Zjednoczonych.

Dominika Wiak: Tak, jedziemy we wrześniu na rezydencję badawczą do Nowego Jorku i San Diego. W San Diego prawdopodobnie również uda się pokazać ten spektakl, więc fajnie.

Janusz Marek: Jak się okazuje, ta celebracja nieudaczników zderzonych z oczekiwaniami sukcesu, życia w społeczeństwie, gdzie oczekiwany jest sukces, skończyła się spektaklem, który sam odniósł sukces. To jest dość ciekawe.

Może teraz opowiemy o innej sytuacji i poruszymy kwestię podejmowania decyzji. [Później] zdecydowaliście się, że zaprosicie osobę z zewnątrz, żeby była choreografem i reżyserem. Mowa o Dominice Knapik, bardzo interesującej choreografce i reżyserce, ostatnio znanej z nagradzanego duetu „Gruba i głupia”. Dominika Knapik ma bardzo dużą praktykę jako wykonawczyni, jako choreografka, itd. [Stworzyliście z nią] spektakl o poczwórnym tytule: „Valeska, Valeska, Valeska, Valeska” z 2022 roku.

Dla osób, które się interesują historią tańca i sztuk performatywnych hasło Valeska nie jest obce, mówimy o Valesce Gert, niemieckiej tancerce i performerce, która była w owych czasach kontrowersyjną postacią i zderzyła się z machiną faszyzmu. Co interesujące na ileś lat w ogóle zniknęła, nie występowała w historii tańca współczesnego.

Oczywiście, jeżdżąc po różnych festiwalach tańca, widziałem różne spektakle, które się odnosiły do twórczości Valeski Gert, natomiast wydaje się, że u nas ona właściwie nie istniała [w świadomości społecznej].

Znowu mamy do czynienia z postacią, która była postacią publiczną, chociaż tutaj odwrotnie, bo została ona świadomie usunięta (czy zapomniana) z historii, ze zbioru postaci będących na świeczniku sztuki, kultury. Bardzo ciekawa postać.

Może więc powiemy parę słów na temat, w jaki sposób doszło do tego spektaklu, jak się spotkaliście do spotkania z Dominiką Knapik…

Dominika Wiak: Prace Dominiki Knapik jakoś mocno z nami rezonowały i czuliśmy, że jest tutaj jakieś duże pole pracy z humorem, z ironią, autoironią. Miałam przyjemność pracy z Dominiką w Narodowym Teatrze Starym, gdzie robiła choreografię i zaprosiła mnie do bycia performerką w spektaklu. To był spektakl „Jeńczyna” Moniki Strzępki [reżyseria – przyp.] i Pawła Demirskiego [autor sztuki – przyp.]. I tam już poczułam, że to jest jakaś taka równa osoba [śmiech], osoba, która bardzo szybko łamie dystans i mam wrażenie, że ta jej właściwość społeczna przekłada się na spektakle. To jest bardzo ciekawe, że rozbraja wszystkie konwenanse…

[Dominika Knapik] postanowiła wziąć na warsztat życie i twórczość Valeski Gert, rzeczywiście artystki zapomnianej, chyba głównie dlatego, że trudno było ją jednoznacznie umiejscowić. Bo ona i tworzyła kabaret i stworzyła mnóstwo solowych bardzo dziwnych praktyk scenicznych...

Janusz Marek: ...z dzisiejszego punktu widzenia właściwie performance’ów tanecznych.




Dominika Wiak: Tak, tak. Właściwie zanim coś nazywaliśmy performance-art ona właściwie już to robiła, np. pomiędzy projekcjami krótkich filmów w kinie wychodziła w przerwie i stawała nieruchomo w jednej pozycji na sześć minut po czym schodziła. To były takie rzeczy, których wcześniej nie było. Więc ona właściwie wyprzedziła wszystko, co się wydarzyło w latach 60. i 70. XX w. w sztukach performatywnych i sztukach wizualnych, tam gdzie te ścieżki wizualno-performatywne się gdzieś łączyły. To jest fantastyczna postać i Dominika [Knapik] z dramaturżką tego spektaklu Patrycją Kowańską postanowiły trochę osadzić biografię Valeski Gert i przemycić do spektaklu nasze biografie, nasze życie freelancerskie. Valeska Gert też była freelancerką, tylko wtedy nie nazywano jeszcze w ten sposób, ale także była niezależną artystką, która sama wyznaczała swoje nurty.

Janusz Marek: Ona była na głębokim marginesie i w tym spektaklu dokonaliście takiego specjalnego zderzenia dwóch postaci, dwóch tancerek, choreografek niemieckich, z których jedna – Mary Wigman – przeszła do historii, stała się postacią, która jest w każdym podręczniku, a Valeska Gert jest postacią z głębokiego marginesu i dopiero z czasem została jakoś uznana i jakoś szerzej rozpoznana. Nic dziwnego, w czasach kiedy faszyści byli u władzy to są dwa różne światy…

Specjalnie w spektaklu zderzaliście znaną postać z postacią, która właściwie nie zaistniała. Zastosowaliście pewien chwyt. Już abstrahując od tego, że zastosowaliście określony sposób skandowania tekstów. Niesamowite, jak duża jest, jak na spektakl taneczny, ta ilość tekstu. W zasadzie jak to oglądałem to miałem taką [spuchniętą] głowę, bo straszna ilość tekstu została we mnie wtłoczona w sposób zrytmizowany z obrazem i ruchem. To dość unikalna sytuacja w tańcu.

Dominika Wiak: Wydaje mi się to na tyle ciekawe, że Dominika [Knapik] sięgnęła po te teksty, gdyż naprawdę chciała przywołać, nie w sposób abstrakcyjny, czy tylko z praktyk cielesno-ruchowych, Valeskę [Gert], ale również przywołać jej biografię i cały kontekst historyczno-polityczny. W tym sensie ten spektakl jest próbą rekonstrukcji, chociaż bardzo mało materiałów wideo pozostało po jej twórczości. To są dwa fragmenty, jeden to jest minuta i dziesięć [sekund], a drugi trwa 30 sekund.

Ale jest bardzo dużo zdjęć, bo ona spotkała się z fotografami. [Gert] stworzyła w swoim życiu bardzo dużo solówek, etiud i wymyśliła sobie sposób dokumentacji polegający na tworzeniu krótkich sesji zdjęciowych, które gdzieś by uwieczniły i zapisały w jakiś sposób taką silną postaciowość, bo ona bardzo dużo pracowała z kostiumem, z groteską, w ogóle z przerysowaniem, z brzydotą, z prowokacją.

[prezentacja fragmentów spektaklu „Valeska, Valeska, Valeska, Valeska”]

Janusz Marek: Nie jest dla mnie zaskoczeniem, że się dogadaliście Dominiką Knapik, bo reprezentujecie podobne poczucia humoru i groteski. A jak faktycznie wyglądała [wasza wspólna] praca?

Dominika Wiak: Dominika bardzo mocna wyszła z tematem i całą inicjatywą, obejmującą np. duże poszukiwania w archiwach w Niemczech. Później zrobiliśmy taką wspólną pracę detektywistyczną i fantazyjną na temat tego, jak mógł wyglądać na żywo taniec Valeski Gert. Ale to właśnie Dominika [Knapik] i Patrycja [Kowańska] objęły liderowanie w tym projekcie, my współkreowaliśmy ruch w jakiś sposób, ale to one są głównymi autorkami spektaklu „Valeska, Valeska, Valeska, Valeska”. Więc w jakiś sposób oddaliśmy się jako kolektyw wtedy, po raz pierwszy, zewnętrznemu głosowi i wizji artystycznej Dominiki i Patrycji.

Janusz Marek: A jaka była rola improwizacji?

Dominika Wiak: Ogromna. Dominika lubi pracować z gestem formalnym i tego w spektaklu jest bardzo dużo, oprócz tego, że flickingujemy [{słowo nie do końca czytelne w zapisie audio – przyp.}] i bardzo rzadko mówimy bezpośrednio do mikrofonu, tylko raczej odtwarzamy cieleśnie głos, który jest głosem z offu.

Dominika [Knapik] bardzo dużo pracuje z formalnością ciała, z rytmizacją, uwielbia mieszać ruch z gestem łamiąc znaczenia (w ogóle tutaj jest dla niej duże pole do pracy twórczej sensu stricto choreograficznej). Szczególnie w pierwszym etapie [pracy] bardzo dużo improwizowaliśmy i Dominika pięknie nas wprowadziła w ten proces, odwoływała się też do kilku bardzo ciekawych praktyk improwizacyjnych, takich wychodzących od ciała, a nie od głowy, tj. od założeń ideowych, koncepcyjnych (...). A później zaczęła się taka praca już bardziej precyzyjna i koronkowa, bo gdy Dominika już złapała w jakim kierunku chce robić ten spektakl, to on mocno oparł się na precyzji, rytmie, czasem na takiej pełnej integralności dźwięku z ciałem, tak więc to już była taka szczegółowa, rzetelna robota.

Janusz Marek: Stereotypowo podchodząc można sobie wyobrazić spektakl, w którym byłaby jedna Valeska, a tutaj mamy ją rozpoczwarzoną na cztery osoby, które są właściwie przez cały czas jakby ciałem komentującym, czy intermediującym z historyczną postacią i oczekiwaniami. Oczywiście mamy tutaj też, jak zwykle, popkulturowe skojarzenia – np. „Cabaret”, rozpoznawalny musical, itd., itd.

[pokaz fragmentu spektaklu „Valeska, Valeska, Valeska, Valeska”]

Janusz Marek: Oglądamy fragmenty drugiego spektaklu, w którym widzimy właściwie zbiorowe ciało, grupę; przez większość czasu na scenie w tych pracach nie ma solisty, tylko zbiorowe, ruchome ciało, które jest jakby bohaterem spektaklu. Organizm, ciało, grupa, co jest pewnym przełożeniem tego, jak oni istnieją, jeśli chodzi o swoją współpracę, sposób funkcjonowania, itd. To się przekłada na tę formę jaką [artyści] wypracowali [w Sticky Fingers Club].

Dominika Wiak: Myślę, że tak. Chociaż, co ciekawe, dajemy [sobie] też dużą przestrzeń na wybrzmiewanie naszych indywidualnych pragnień twórczych. Bardzo dużo w tych spektaklach jest także scen solowych, dla mnie to jest taka ciekawa mieszanka, że można przyjrzeć się głosom indywidualnym ale i tak ostatecznie dochodzi do takiego momentu, w którym znajdujemy się w jakimś wspólnotowym działaniu. Więc może rzeczywiście jest to też o pewnym przełożeniu z życia, z naszego funkcjonowania.

Dla mnie to jest pewien fenomen, że aby być w kolektywie trzeba być bardzo zestrojonym ze sobą i tak naprawdę – w moim doświadczeniu oczywiście – bardzo silnie nazywać swoje własne potrzeby i ekstraktować swój indywidualny głos po to, by móc wnieść pewne potrzeby czy kierunki, które interesują te poszczególne jednostki w kolektywie, aby później móc obrać jakiś wspólny głos czy kierunek.

Janusz Marek: W tej grupie czy kolektywnie mamy dość silne jednostki czy artystyczne osoby jak widać. Oni się wzajemnie wzmacniają, nakręcają, tak więc to jest taki mechanizm dwukierunkowy. (…)

Później na zamówienie MSN powstał performance „Breakfast on the grass”…

Dominika Wiak: To było choreograficzne otwarcie nowej siedziby Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie. My rekonstruowaliśmy fragmenty spektaklu „Sticky Fingers Club” ale też odnieśliśmy się w tym performance do obrazu Maneta „Śniadanie na trawie”. Obraz ten w historii sztuki został uznany za dość kontrowersyjny ze względu na jedną postać, która – zdaniem krytyków w owych czasach – perwersyjnie patrzyła w oczy odbiorców, widzów obrazu.

[Stąd też] pracowaliśmy tutaj ze spojrzeniem, z tym, by dawać oglądać nasze ciała. Szczególnie w kontekście przestrzeni muzealnej wydawało nam się to ciekawe.

[pokaz fragmentu performance „Breakfast on the grass”]

Janusz Marek: I jeszcze był performance w Zachęcie towarzyszący wystawie „Niepokój przychodzi o zmierzchu”...

Dominika Wiak: Tutaj artystka Sara Kukier stworzyła linię ubrań i zaprosiła nas do współpracy. Pracowaliśmy w przestrzeni Zachęty w takim „interaktywnym parkourze”, bo bardzo mocno pokonywaliśmy przestrzeń, zmienialiśmy ją i dekonstruowaliśmy… W ogóle te dwa doświadczenia pracy w przestrzeniach muzealnych rozbudziły w nas bardzo dużą ikrę, bo jest to zupełnie inne myślenie o dramaturgii, o uczestnictwie widza i widzki, o tymczasowości jego bycia. Ciekawe jest obserwowanie decyzji czy osoba przechadzająca się między salami zostanie w tym miejscu [naszej gry], czy przez nie przejdzie i wróci, bo wtedy (dokonując pewnych wyborów, co chce oglądać) sama niejako nawiguje i zarządza tym, jak performance zostaje odebrany. Więc jest to bardzo ciekawa dla nas przestrzeń do eksploracji.

Janusz Marek: A jednocześnie to, co wyróżnia wasze performance to jest jedna ogromna dramatyczna siła ekspresji, ekspresji wychodzącej z aktorstwa, ze spektaklu, z teatru. Jednak jesteście osobami, które bardzo mocno istnieją [w przestrzeni].

Dominika Wiak: Myślę, że też, że ten wspólny background i historia bycia na Akademii Sztuk Teatralnych na pewno jest taką bazą, od której się wspólnie odbijamy, na zasadzie kontr (...).

Kiedy osoby mówią, że zajmujemy się teatrem tańca, sami zadajemy sobie pytania, wątpimy czy rzeczywiście tak jest, bo mamy taką potrzebę, by nas jednoznacznie nie wrzucać do jednej szuflady (chyba większość artystów i artystek ma taką potrzebę). Lubimy romansować w różnymi gatunkami, a ostatnie lata wybijają ten język twórczy, który jakoś tam krystalizuje się z tego, co robimy. Mamy swój wyraźny kierunek. I dalej mamy dużą chęć poszukiwań, takie międzygatunkowych, między przestrzeniami, co wzbudza nowe strategie twórcze.

Janusz Marek: Każda grupa, każdy zespół czy kolektyw dochodzi do pewnej formy wspólnej, którą jakoś tam doskonali, kształtuje, dochodzi do pewnego apogeum i potem pojawia się pytanie „co dalej”.

A propos tego przebijania i wybijania… Może to jest dobry moment, aby powiedzieć o „Glory Game”, bo jest to wybicie w inną formę. To jest spektakl z 2023 roku podpisany przez Dominika Więcka jako choreografa.

Dominika Wiak: Dominik [Więcek] wyszedł do nas z taką propozycją, abyśmy stworzyli spektakl kolektywnie, ale on od wielu lat interesuje się widowiskami sportowymi, różnymi dziedzinami sportu i przygląda się im z różnych stron, i w trakcie tego procesu poczuliśmy, że to jest temat, który towarzyszy mu od wielu lat i uczciwym jest dać jemu takie pole do tworzenia. Oprócz kolektywu Sticky Fingers Club występuje tu też Natalia Dinges i Piotr Stanek. Wspólnie zadecydowaliśmy, że to Dominik będzie się [nami] opiekował reżysersko i choreograficznie, choć oczywiście język kolektywu [w „Glory Game”] także istnieje, a kreacja nas wszystkich też się zapisuje, jakoś odbija na decyzjach choreograficznych Dominika. Niemniej jest to bez wątpienia autorska praca Dominika [Więcka]…

Nie chciałabym pokazywać fragmentów spektaklu, m.in. dlatego, że jest on w większości performowany nago. Spektakl został wyprodukowany przez Komunę Warszawa i właściwie rekonstruuje widowisko sportowe, cały jest w slow motion i trwa 50 minut, więc jest to dosyć długie doświadczenie obserwacji [tego rodzaju] ruchu.

Janusz Marek: Jest to oczywiście ogromny wysiłek i ogromne wyzwanie dla wykonawców, żeby przez tych kilkadziesiąt minut utrzymać się w ruchu slow motion, nie za szybko, nie za wolno, żeby spotkać się w różnych fragmentach przestrzeni scenicznej, trafić na siebie w odpowiednim momencie. To jest bardzo trudne doświadczenie. Jest to również pewnego rodzaju wyzwanie dla widzów, którzy z takim wolnym ruchem nie mają na co dzień do czynienia.

Mówiąc zupełnie prymitywnie: obserwujemy grupę ludzi, którzy przez kilkadziesiąt minut w spowolnionym ruchu biegną z lewa na prawo i z prawa na lewo w rozmaitych drobnych wariacjach między nimi, to się później dekonstruuje. Generalnie oglądamy bardzo spowolniony ruch grupy osób i nie ma tu żadnych atrakcji. No chyba, że atrakcją jest to, że wykonawcy są [na scenie] przez większość czasu nago, chociaż jako widz tego spektaklu mogę powiedzieć, że mimo iż oni są nago to ten spektakl nie ma walorów erotycznych. Tzn. my oglądając go nie skupiamy się [na jednostce], raczej obserwujemy grupę nagich postaci, widzimy ich tak, jak kiedyś publiczność oglądała sportowców na igrzyskach w Grecji, którzy występowali nago.

Oczywiście rodzi się pytanie i co z tego, po co – to się oczywiście „ogląda”, ale kwestią jest to, z czym się potem wychodzi. To był oczywiście pewnego rodzaju eksperyment, dla osób które się pierwszy raz z czymś takim zetknęły jest to pewnego rodzaju wyzwanie i coś w rodzaju uderzenia. [„Glory Game”] jest jakimś wybiciem z tej [dotychczasowej] formy w jakąś inną konkretną stronę, rozumiem, że tutaj grupa zgodziła się zrealizować pomysł jednego ze swoich członków, który miał bardzo konkretny pomysł, a grupa go bardzo sprawnie wykonała.

Dominika Wiak: Tak.

Janusz Marek: Forma „Glory Game” zupełnie różni się od „Sticky Fingers Club” czy od „Valeska, Valeska, Valeska, Valeska”.

Dominika Wiak: Tak. Nastąpiło tutaj inne założenie dramaturgiczne. W przypadku tych wcześniejszych spektakli można wyróżnić konkretne sceny, a w przypadku „Glory Game” to jest coś w rodzaju monolitu, który przechodzi bardzo powolną korozję jakiej możemy doświadczać. Mieliśmy założenie innego uczestnictwa widza i zarządzania uwagą.

Janusz Marek: Może dowiedzielibyśmy się też coś o spektaklu „Widzę tutaj coś innego”, który parę dni temu miał swoją premierę. Jak rozumiem jest on jakiegoś rodzaju ewenementem dla Sticky Fingers Club, bo jest to spektakl dla małych dzieci. Czekam na zapis tego spektaklu, mam nadzieję że będzie równie ciekawy jak prace dla dorosłych, byłbym zadowolony gdyby się okazało, że to rzeczywiście jest ciekawe, abstrakcyjne [śmiech na widowni] i chętnie bym go pokazał w Zamku Ujazdowskim…

Dominika Wiak: Mam nadzieję, że to się uda, panie Januszu. Ad rem, zrobiliśmy spektakl o tym, jak można widzieć obiekty i przedmioty. Odgrzebaliśmy z różnych teatrów, magazynów stare, niechciane i nieidealne przedmioty i obiekty, którym nadajemy nowe życie i patrzymy na nie z różnych stron.

To jest spektakl dla rodzin z dziećmi (od 3 do 6 lat) i on zaprasza do aktywnego uczestnictwa. Nasze pierwsze pokazy napawają nas optymizmem, bo dzieciaki chcą mieć te obiekty w domach i chcą testować różne rzeczy, np. pracujemy tam z odbiciem światła latarki od lustra, co daje dość piękny wizualnie efekt, a w trakcie spektaklu dzieci komentują „muszę coś takiego w domu sprawdzić”… Mamy nadzieję, że to fajnie zapracowało na ciekawość tych dzieciaków w oglądaniu i przyglądaniu się rzeczywistości.

Janusz Marek: Chciałbym, żebyśmy usłyszeli też coś (poza metodą kreacji i działania kolektywu) na temat tego, jak organizacyjnie funkcjonuje grupa, która nie ma osobowości prawnej, nie stoi za nią instytucja, ani żadne stowarzyszenie, fundacja. Jesteście na co dzień w różnych miastach. Czy proces przesuwania się do Warszawy następuje?

Dominika Wiak: Nie, jeszcze nie…

Janusz Marek: Rozumiem, że do każdego spektaklu jest „zaprzęgnięty” inny partner zewnętrzny z różnych miast, i to on występuje o dofinansowanie bądź wykorzystuje swój budżet, żeby dać wam szansę zaistnieć, tworzyć, itd.

Dominika Wiak: Rzeczywiście nie mamy żadnej osobowości prawnej. Jesteśmy grupą freelancerów, która startuje w konkursach, open call, pisze wnioski. Od niedawna Dominik [Więcek] ma fundację, więc pewnie niedługo będziemy korzystać z nowych możliwości wnioskowania o dofinansowanie. U nas to działa bardzo dynamicznie, jeśli ktoś z nas ma czas to po prostu podejmuje decyzję, że lideruje i piszemy jakiś projekt. Te role się jakoś wymieniają w zależności od możliwości czasowych, zasobów. W przypadku różnych projektów wyznaczamy sobie opiekunkę lub opiekuna projektu i ta dana osoba pcha rzeczy produkcyjnie i organizacyjnie do przodu.

Żyjemy w różnych miastach, nie mamy jednego miejsca czy instytucji, która stale nas wspiera. Właściwie nie narzekamy na to, w tym sensie, że każdy z nas ma swoją indywidualną ścieżkę kariery, na której mu/jej zależy, a dla nas jest ciekawe, że mamy pewną cykliczność i też stałość naszej współpracy. Na przykład Monika jest wykładowczynią na Akademii Muzycznej w Katowicach, Dominik zajmuje się twórczością internetową, jest też stylistą i fotografem, Daniela też robi swoje rzeczy choreograficzne w filmach i dużych widowiskach.

Janusz Marek: A propos, Dominika Wiak jest autorką choreografii, który zobaczymy w kinie CSW – Zamek Ujazdowski – „Człowiek do wszystkiego”…

Przy tych spektaklach, które powstawały, stykaliście się jako artyści, freelancerzy, indywidua, kolektyw, niezależny byt z instytucjami, organizacjami. Zawsze jest to – jak mi się wydaje – mniej lub bardziej bolesny proces. Instytucje mają swoje sposoby działania… Współpracowaliście z Komuną Warszawa, Centrum Kultury w Lublinie, z Klubem Żak w Gdańsku. To są dosyć otwarte instytucje na współpracę z innymi, patrząc na krajobraz Polski instytucjonalnej…

Dominika Wiak: Spotkaliśmy z jawnym wsparciem tego, że jest to pewien fenomen, że artystki i artyści niezależni tworzą kolektyw już od wielu lat, kontynuują tę współpracę i można obserwować dużo inwestycji i impetu z naszej strony, żeby to trwało. Jedną rzeczą jest stworzyć [spektakl], ale pracy przy nim, pracy, która jest niewidoczna jest naprawdę bardzo dużo. „Sticky Fingers Club” zagraliśmy już chyba 30 razy. A „Glory Game” – spektakl sprzed dwóch lat – pokazaliśmy już 25 razy, co jest wielkim sukcesem w tańcu, bo żywotność spektakli tanecznych w tym kraju jest bardzo krucha. Od dwóch lat więcej prezentujemy naszych prac za granicą (pojawiły się wspomniane Stany Zjednoczone, za kilka dni gramy „Glory Game” w Niemczech…), tak więc nasza działalność zaczyna się rozrastać, a zasięg naszego działania, nasza widoczność zaczyna się wzmagać. To cieszy.

Janusz Marek: W ciągu pięciu lat powstały cztery spektakle. To z pozoru się wydaje mało, ale pamiętajmy, że każdy z twórców [Sticky Fingers Club] jeszcze w międzyczasie działa sam czy w innych zestawach. Więc jedynie można wyrażać żal, że tak mało razy tak ciekawe prace były prezentowane, co jest kolejnym przyczynkiem do dyskusji o polityce kulturalnej miast i innych systemach wspierających.

DOKUMENTACJA I OPRACOWANIE TRANSKRYPCJI: SANDRA WILK

Dziękujemy Centrum Sztuki Współczesnej za udzielnie zgody na wykonanie tego opracowania.